Kiedy rzucił mnie mój narzeczony Uroczy Piotrunio miałam do wyboru:
– w akcie rozpaczy skoczyć z mostu do rzeki,
– zamordować go z zemsty, oczywiście w afekcie,
– popaść w depresję,
– zrobić „coś” co pomogłoby mi zapomnieć o fakcie obrzydliwego zachowania faceta, którego przedstawiłam moim rodzicom jako upragnionego przyszłego zięcia.
Piotrunio zdominował moje życie, oznajmiając w drugiej klasie liceum, , że kocha mnie miłością dozgonną, w co niestety uwierzyłam, szczególnie że wyznanie padło
w okolicznościach zagrażających życiu, bo podczas lekcji matematyki prowadzonej przez matematyczkę, której zdarzało się celnie rzucić np. pękiem kluczy
w nieprzygotowanego do lekcji ucznia…
Piotrunio oczywiście zdał maturę z wyróżnieniem i dostał się na studia. Postanowił zostać chirurgiem plastycznym i z konsekwencją zmierzał do celu. Ja natomiast, z moją przyjaciółką Iśką, zapisałam się na resocjalizację i cudem udało nam się dotrzeć do drugiego roku. Właściwie nie przejmowałam się specjalnie kierunkiem moich studiów w kontekście znalezienia w przyszłości dobrze płatnej pracy, co ja mówię – znalezienia jakiejkolwiek pracy, bo przecież byt na odpowiednim poziomie miałam zapewniony. Kto jak kto, ale chirurg plastyczny powinien dobrze zarabiać, prawda?
Ślub planowaliśmy na marzec, co zważywszy na fakt, iż była właśnie piękna płomienna jesień, nie było terminem aż tak odległym.
Wertowałam sobie spokojnie katalogi mody ślubnej w poszukiwaniu wymarzonej kreacji, chrupałam orzeszki ziemne, postanawiając odchudzać się już od jutra, gdy do pokoju wpadł mój narzeczony. Wpadł i zamiast rzucić się na mnie
z pocałunkami, rzucił się na fotel naprzeciwko, rozpinając kurteczkę i rozluźniając szaliczek, który dostał ode mnie na urodziny.
- Czeeeść – powiedziałam przeciągle i omiotłam go powłóczystym spojrzeniem, myśląc sobie, że nie podoba mi się jego rozbiegany wzrok.
- Hej – krótko odparł Piotrunio i nadal się nie rzucał.
Zaniepokojona postanowiłam sama się rzucić, co też niezwłocznie uczyniłam, ale Piotrunio na ten widok gwałtownie się odsunął i wylądowałam twarzą na oparciu fotela. Wstałam, z godnością dyskretnie wypluwając białe kłaki wydarte z narzuty.
- Co jest? – warknęłam wietrząc kłopoty
- E, no, bo widzisz – jąkał się mój luby
- A tak konkretnie? – drążyłam temat
- No, chciałem ci powiedzieć, że odchodzę – wyszeptał Piotrunio
i błyskawicznie się uchylił, bowiem w jego stronę poleciały różne przedmioty, które znalazły się w zasięgu mojego wzroku i rąk. Zerwał się ten padalec z fotela nadal robiąc uniki zwyczajnie uciekł. Przez myśl przemknęła mi matematyczka rzucająca przedmiotami i mały pokoik bez klamek, opanowałam się na moment, po czym
z rosnąca furią podarłam na kawałeczki zdjęcie Robaczywego Piotrusia.











