No i niech ktoś mi powie, że nade mną nie wisi jakaś klątwa….Tatuś mnie wydziedziczy, mamusia nie obroni, braciszek będzie się cieszył… tak, to już pewne… może powinnam być zadowolona, że zostanę skazana tylko na banicję finansową, a nie na przykład na karę eksmisji… Póki co, rodzice nie odzywają się do mnie, a Tomaszek, mój 15 – letni brat, rechocze pokątnie…
Nasze mieszkanie mieści się w domu dwurodzinnym, tzw. bliźniaku, połowa należy do niejakiej Apolonii Krętek, emerytowanej aktorki, tak przynajmniej utrzymuje, bo jakoś nikt nie pamięta jej z żadnej roli. My zajmujemy część drugą, umeblowaną starymi meblami, częściowo po własnych przodkach, a częściowo po przodkach cudzych – nabytymi w antykwariacie.
W salonie stoi sobie ogromny stół, wokół zaś stare krzesła, wyściełane wzorzystą tkaniną, z krzywymi rachitycznymi nóżkami. Z salonu korzystamy tylko przy wielkich uroczystościach, bo rodzice trzęsą się okropnie nad tymi starociami. W zeszłym tygodniu podlewałam kwiaty wiszące na ścianach salonu i popełniłam przestępstwo, nie chciało mi się bowiem iść do kuchni po taboret, więc stanęłam na jednym z zabytkowych krzeseł. No dobrze, może nie tyle stanęłam ile wskoczyłam na nie z impetem, bo nastrój miałam dobry. A ono, krzesło znaczy, jak osioł rozjechało się pode mną… Nóżka się cholera jasna złamała, a właściwie dwie. Wodą z konewki się przy tym oblałam i dobrze, bo gdyby nie to, z pewnością zemdlałabym ze stresu. Naprawiłam upiorny mebelek używając plasteliny, bo kleju żadnego w domu nie znalazłam, ale biorąc pod uwagę częstotliwość korzystania z salonu – najbliższa impreza wypadała za pół roku – miałam dość czasu aby załatwić krzesło na amen.
Tymczasem ono załatwiło mnie. Wróciłam w sobotę wieczorem do domu, a tu ogród zastawiony autami, myślę impreza u Poli Krętek, wchodzę do domu i wpadam na tłum gości kłębiących się przy drzwiach do salonu. Stół nakryty jak do Wigilii, rodzice odświętni, i wtedy sobie przypomniałam, od kilku tygodni ojciec mówił, że zaprosi jakichś ważnych gości, że od tego spotkania zależy jego awans itp. Jakoś mi umknęło, ostatecznie miałam własne sprawy – stawałam się orką biznesu, orką od orać, żeby było jasne. Stanęłam jak wryta w przedpokoju, później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jedna
z pań o dość bujnych kształtach usiadła na „moim” krześle, oczywiście
natychmiast z łomotem spadając na podłogę, odruchowo złapała obrus, na którym stała sobie zastawa ślubna moich rodziców, w tym dwie wazy
z czerwonym barszczem. Oszołomiona pani po chwili siedziała na podłodze w ruinach krzesła, oblana barszczem, spowita obrusem i przysypana zastawą, a raczej jej resztkami i wtedy zapadła taka niezręczna cisza…Niestety, okazało się, że to była żona szefa mojego ojca…
Chyłkiem wymykam się teraz z domu rankiem, wracam wieczorem
i zastanawiam się kiedy rodzice zapomną? Iśka mówi, że na miejscu moich rodziców wyrzuciłaby mnie z domu na zbity… To się nazywa przyjaźń…











