Iśka chyba dochodziła do siebie, ale cierpiała zupełnie jak nie ona, w milczeniu. Normalnie wypłakiwała mi się w mankiet kilka dni, a tu proszę cisza... Dałam jej dwa dni, ale kiedy trzeci dzień nie dzwoniła postanowiłam, że dość, koniec, najwyższa pora zmierzyć się z rzeczywistością. To znaczy najwyższa pora żeby Iśka się zmierzyła. Zadzwoniłam, odebrała, ale w słuchawce rozległo się rzężenie, wybrałam numer jeszcze raz, złorzecząc że zżera mi minuty, a tu jakieś zakłócenia na łączach. Znowu rzężenie, najwyraźniej los chciał żebym osobiście pofatygowała się do mojej przyjaciółki. No to się pofatygowałam, wzięłam auto ojca, nie oponował, bo nie było go w domu, kluczyki i dokumenty leżały na półeczce, dyplomatycznie krzyknęłam stojąc w drzwiach - biorę auto i zwinęłam się. Zajechałam z wizgiem pod dom przyjaciółki, dobrze że tatuś nie widział, w bramie minęłam się z Bubą kołyszącą się na monstrualnych koturnach i falującą pokaźnym biustem. Buba to mama Iśki, ma 150 cm wzrostu i od kiedy wstrzyknęła sobie w usta botoks wygląda jak naburmuszone dziecko z doprawionym biustem.
- O, cześć Ewuniu - uśmiechnęła się błyskając implantami białymi jak śnieg alpejski - Iśka jest w domu - mrugnęła do mnie porozumiewawczo. No pewnie, a gdzie ma niby być jak się umartwia. Znalazłam ją w kuchni, wyszczerzyła się na mój widok i wydała z siebie dźwięk podobny do tego, który docierał z komórki, wycharczała coś co zrozumiałam jako - mam zapalenie krtani. No tak, to ja się zamartwiam, a ona sobie spokojnie choruje, nie wytrzymam normalnie. Z gadania siłą rzeczy nic nie wyszło, ale kiedy próbowałam ją pocieszać wygłaszając monolog na temat tego, że palant nie jest wart nawet jednej łzy i że na pewno rozchorowała się z rozpaczy, Iska radośnie uśmiechnięta machnęła dłonią, co odczytałam - daj spokój. W tym momencie do kuchni w kapciuszkach wszedł ni mniej ni więcej Palant...
- Witaj ser... - zaczął, ale zabity wzrokiem przez moją przyjaciółkę dokończył - Ewuniu.
Wracałam do domu w smętnym nastroju, ojciec byłby zadowolony, bo jechałam jak Pan Bóg i przepisy nakazują.
- A może miłość od pierwszego wejrzenia jednak istnieje? - Pomyślałam uśmiechając się melancholijnie i zatrzaskując kluczyki w aucie...Drugi komplet zaginął jakiś czas temu...












Komentarze