Zupełnie, ale to zupełnie nie rozumiem, jak to jest, że niektórym wszystko się udaje, nawet gdy za bardzo się nie starają, a innym zawsze wiatr w oczy. Ten wiatr
w oczy to mnie…
Najpierw pokłóciłam się z Iśką, postanowiłyśmy zmienić profil naszej działalności. Ja chciałam opiekować się dziećmi, Iśka stwierdziła, że dzieci są za przeproszeniem gorsze niż te psy, które miałyśmy wyprowadzać.
- Pies, co najwyżej, robi czasami pod Ratuszem, a dziecko w majtki i to ciągle – Iśka na moją propozycję puknęłą się w czoło, a właściwie walnęła całą dłonią aż plasnęło,
- Skoro nie dzieci, to co? – wzruszyłam ramionami próbując zachować dystans
i nie przyłączyć się do walenia, chętnie bym tę Iśkę trzepnęła
- Biuro matrymonialne – stwierdziła moja, kruczoczarna tego dnia, przyjaciółka
- Ty to chyba jesteś głupia, sobie nie umiesz znaleźć faceta, a komuś chcesz? – roześmiałam się złośliwie i ulżyło mi nieco
- Sama jesteś głupia – obraziła się Iśka i pobiegła, bo miała wykłady. Ja także miałam, te same nawet, ale mnie pan doktor Wiesław Romańczuk nie podoba się tak bardzo jak Iśce więc zostałam w domu.
Atmosfera w po skandalu podczas imprezy mojego ojca nadal jest napięta. Mama jak to mama, stara się wszystko załagodzić, ale ojciec, jest na mnie wyraźnie obrażony,
a już najbardziej po powrocie z pracy.
Mój upiorny braciszek wykorzystuje oczywiście sytuację i podlizuje się ojcu na każdym kroku. Już ja mu pokażę, jak tylko rodzice gdzieś wyjadą, a smarkacz zostanie pod moją opieką. Póki co jednak rodzice nigdzie się nie wybierają, ojciec boi się, że straci pracę.
Kolejny kiepski dzień - myślałam sobie wlokąc się do łazienki. Wszystko przez Robaczywego Piotrunio, gdyby mnie nie rzucał byłabym spokojna, szczęśliwa
i w ogóle miałabym jakieś perspektywy, acha no i nie musiałabym orać biznesu
z głupią Iśką… a później jakoś tak automatycznie przekręciłam zameczek w łazience, wtedy sobie przypomniałam, że nie powinnam tego robić, bo zameczek się zepsuł poprzedniego dnia i ojciec prosił żeby go nie ruszać zanim nie wymieni zamka. Była godzina 12 w południe… Po 5 godzinach spędzonych w łazience, nawet dzika awantura urządzona przez ojca wyważającego drzwi nie zrobiła już na mnie wrażenia.
- Ewuniu, co się z tobą dziecko dzieje?! – załamywała ręce mama
Brat pomagał ojcu naprawić drzwi patrząc przy tym na mnie triumfująco, ojciec
w ogóle się nie odzywał, ochrypł chyba, bo wcześniej przez zamknięte drzwi usłyszałam co o mnie myśli.
Uroczy Piotrunio złamał mi serce, zrujnował życie, zepsuł drzwi, a nie, to ostatnie to ja. Ale prze niego!











