Ciotka Renata przyleciała wraz z Romcią tak jak uprzejmie zapowiedziała. Tatuś na wszelki wypadek wyposażył drzwi do gabinetu
w solidny zamek. Mój upiorny braciszek wyjechał radośnie na kolejny obóz, Iśka małpa, jedna z tym od organu, serca znaczy, wylatywała dzisiaj na Ibizę.
Mama ze stoickim spokojem wstawiła mi do pokoju łóżko polowe i kładąc pościel obwieściła, że tymczasem Romcia będzie dzielić ze mną pokój i spać na MOIM tapczanie. Pięknie, po prostu jakaś masakra, "seria niefortunnych zdarzeń". Na dodatek jeszcze przypomniałam sobie, że nie mam wpisanego jednego zaliczenia w indeksie i muszę go uzupełnić, Cudny, czyli doktor Miarczyński miał być na uczelni od rana. Oczywiście "Cudny" to ksywka jaką nadały doktorowi studentki, nie było w tym przesady - przystojniak jakich mało, dobrze wychowany i z klasą, po prostu cudny. Wzięłam więc indeks, Romcię, która jeszcze nie zdążyła narozrabiać i udałam się spacerem w kierunku szacownego przybytku wiedzy. Uczelnia była o tej porze roku wyludniona, cicha, pan portier nieco zaspany, najwyraźniej tęskniący już do studentów, uśmiechnął się dobrodusznie, ciągnąc przez długie korytarze opierającą się Romcię, która postanowiła wykorzystać śliskie kamienne posadzki do ćwiczeń łyżwiarskich, dobrnęłam spocona do drzwi gabinetu Cudnego. Zapukałam, a usłyszawszy aksamitne - proszę, weszłyśmy do środka. Miarczyński siedział za biurkiem, w błękitnej koszuli było mu szalenie do błękitnych oczu. Uśmiechnął się promiennie do Romci, a ponieważ amerykańskie dziecko najwyraźniej nie wiedziało, że należy powiedzieć "dzień dobry", uśmiechając się przepraszająco do Cudnego, półgębkiem, niecierpliwie wysyczałam do dziecka - no i co powiesz?!
Na co Romcia gapiąc się na doktora zachwyconym wzrokiem, odparła głośno, i z wyraźnym nabożeństwem - ładny jest!
Nie zemdlałam tylko dlatego, że ostatnie traumatyczne wydarzenia najwyraźniej mnie zahartowały, przez myśl przemknęło mi, że mam przechlapane, Cudny natomiast najpierw wybałuszył piękne niebieskie oczy, a następnie dostał ataku śmiechu, szybko dołączyła do niego Romcia - pogodne przecież dziecko, no i w końcu niepewnie ja.
Kiedy wracałyśmy do domu postawiłam dziecku lody, doktor Miarczyński wpisał mi piękną okrągłą piątkę, choć byłam pewna, że z zaliczenia dostałam czwórkę... hm... szkoda, że Cudny jest moim wykładowcą...











Komentarze