Zawsze myślałam, że to ja jestem w rodzinie czarną owcą... Otóż nie jestem, a nawet jeżeli, to nie jedyną... Wczoraj w naszym domu rozegrały się dantejskie sceny, wieczorem po pracy, jak zresztą każdego dnia, do domu wrócił ojciec więc mama zawołała nas na jedyny wspólny posiłek - kolację, zwlokłam się niechętnie z fotela, gdzie rozparta czytałam po raz nie wiem który, "Lesia" Chmielewskiej. Niechętnie, bo poprzedniego dnia solennie przysięgłam sobie, że nie będę jadła kolacji, gdyż nie wiedzieć dlaczego, moje ulubione jeansy, jakoś dziwnie zrobiły się opięte...,
niestety z kuchni docierał smakowity zapach racuchów z jabłkami, pomyślałam więc, że nad silną wolą popracuję od jutra.
Usiadłam przy stole z resztą rodziny i wszyscy zabraliśmy się do pałaszowania góry dymiących racuszków - mniam.
- Jak wam minął dzień ? - zapytał ojciec
Placek utknął mi w gardle, mama się zakrztusiła, tylko brat, zatopiony w swoich myślach pożerał kolejną porcję.
To nie było w stylu ojca, tata nie zadawał takich pytań, jeżeli już, to pytał o coś konkretnego, ale tak dla zagajenia pogawędki? Nigdy. Spojrzałyśmy więc po sobie z mamą, a później wlepiłyśmy zdumiony wzrok w ojca. Wlepiłyśmy
i zamarłyśmy, bowiem dotąd mocno szpakowaty ojciec, przeistoczył się
w ostrzyżonego na jeża bruneta, z tzw. pekaesami.... Potem ja dostałam ataku śmiechu, mama wpierw zbaraniała, ale po stwierdzeniu taty, że skoro kobiety mają prawo farbować włosy, to mężczyźni także, rozpętało się wspomniane piekło. Dźwięczna awantura brzmiała jeszcze przez jakiś czas, mama odsądziła swego ślubnego od czci i wiary krzycząc , że "stary piernik zwariował zupełnie", ja na wszelki wypadek, uciekłam do pokoju porzucając racuchy, tym bardziej, że braciszek w końcu zauważył zmianę i nie bacząc na męską solidarność powiedział - Pekaesy są już niemodne, no i beznadziejny kolor wybrałeś, ale jakbyś strzelił sobie blond pasemka, to kto wie...











