Iśka wpadła do mojego pokoju jak piorun kulisty (oj bardzo kulisty odkąd zastosowała dietę cud, a później dopadł ją efekt jo-jo) zjawiła się potrząsając rozwianą blond czupryną (zaraz, zaraz, czy ona wczoraj nie miała przypadkiem na głowie płomiennie rudej fryzury?). Pojawiła się zatem i z szybkością karabinu maszynowego zaczęła wyrzucać z siebie słowa.
- No słuchasz mnie, czy nie?! – tupnęła zniecierpliwiona, ponieważ moja percepcja była chwilowo inaczej ukierunkowana
- Nie – odparłam zdruzgotana, gdyż właśnie odkryłam rzecz straszną.
- Jak to nie? – zdumiała się Iśka najwyraźniej nie przyzwyczajona do mojego braku uwagi.
- W ciąży jestem. Chyba. – wykrztusiłam dalej studiując kalendarz
- Acha i ciąża ci się na uszy rzuciła? – zapytała jadowicie Iśka otwierając szafę by przejrzeć się w dużym garderobianym lustrze
- Zaraz, co ty powiedziałaś?! – znieruchomiała, po czym z impetem siadła na fotel i wybałuszyła już i tak nieco wytrzeszczone niebieskie oczy.
- Powiedziałam, że jestem w ciąży – wyjęczałam, po czym zawyłam z rozpaczą.
- Matko jedyna, z kim? Przecież Piotrunio, padalec jeden, rzucił cię wczoraj?!
- Ty to głupia jesteś, ciąża u człowieka trwa 9 miesięcy, rzucił mnie dopiero wczoraj – zdenerwowałam się
- To ile ty w tej ciąży jesteś – skrzywiła się z obrzydzeniem Iśka, co najmniej tak, jakbym rzuciła w nią brudną pieluchą
- Z tego co widzę, to chyba jakieś 2 tygodnie – odparłam smętnie wpatrując się w kalendarz.
Popłakałyśmy się więc obie, Iśka przysięgła zostać matką chrzestną i około północy pojechała do domu.
Im bardziej myślałam o ciąży, tym bardziej się w niej czułam, jeżeli tak to można określić. Na drugi dzień rano miałam poranne mdłości. Niedobrze mi było jak nie wiem co, bolały mnie piersi, no i najgorsze, okres miałam mieć tydzień temu.
O podły Piotruniu, jeszcze nie wiesz co cię czeka! – mściwie myślałam na przemian z łkaniem w poduszkę. W końcu na skraju wyczerpania nerwowego zadzwoniłam do przyszłego tatusia, grobowym głosem oznajmiając mu radosną nowinę. Piotrunia wpierw zatkało – nawet pomyślałam, że szlag go trafił z wrażenia i przestraszyłam się, że dziecko ledwie poczęte, a już pół sierota, ale nie, odblokowany Piotrunio zarzucił mnie kaskadą słowną, której nie przytoczę przez wzgląd na dobre obyczaje. Na koniec dodał
–Nie wrobisz mnie – miałaś okres 2 tygodnie temu.
- Jak to dwa? – zbaraniałam
- No dwa, urodziny wtedy miałem, nie? 14 lutego, dzisiaj jest 28?
- O Boże – krzyknęłam odkładając słuchawkę razem z drącym się z niej Piotruniem - złapałam kalendarzyk i zaczęłam gwałtownie przewracać kartki….
Tak oto dzięki wiśniowym konfiturom, które skleiły dwie strony kalendarza, przez dobę byłam w ciąży mając wszystkie objawy tego stanu. Natychmiast zadzwoniłam do Iśki – hurra, nie jestem w ciąży! – wrzasnęłam
- No co ty, nie wygłupiaj się, przecież ja już wszystkim powiedziałam – zaprotestowała z oburzeniem moja przyjaciółka.










